Aby dostać się w miarę szybko do San Pedro de Atacama z Uyuni wybraliśmy opcję najłatwiejszą - skorzystaliśmy z naszych ważnych jeszcze wejściówek do Parku Narodowego Eduardo Avaroa i przejechaliśmy Południowy Lipez jeepem.
Jeśli chodzi o powrót, to to już zupełnie inna historia: przeprawa jeepem do najtańszych nie należy, a do niej należałoby dorzucić jeszcze na nowo wejściówki do parku (150 BOB/pers). Decydujemy się więc na jedyną pozostającą nam opcję, tę którą wybierają tubylcy: autobus. Najpierw z San Pedro do Calamy (górnicze, dość brzydkie miasteczko), potem z Calamy do granicy i resztę trzecim busem do Uyuni.
Tej podróży przez chilijsko-boliwijskie andyjskie wertepy (oczywiście, że nie ma asfaltu!) nie możemy zdecydowanie zaliczyć do najwygodniejszych. Dobrze jeszcze, że oblukaliśmy tubulców na dworcu autobusowym przed odjazdem: wszyscy zabrali ze sobą po przynajmniej dwa koce. I my w ostatniej chwili wyciągnęliśmy śpiwory z plecaków: bez nich chyba umarlibyśmy z zimna :D
Wreszcie docieramy do granicy w Ollague. Niech to słońce Was nie zmyli: jesteśmy na 3700 m.n.p.m. i temperatura sięga zaledwie kilku stopni powyżej zera. Podziwiamy otaczjący nas krajobraz z tym samym zachwytem co zazwyczaj.

Nieopodal miasteczka Ollague znajdowały się niegdyś dwie kopalnie siarki, w wulkanach Aucanquilcha i Ollague.

Najpiękniejsza naturalna toaleta podróży.

Linia kolejowa przebiegająca tędy łączy Uyuni i Calamę. Jej budowa miała być wynagrodzeniem Boliwii zaanektowania przez Chile jej departamentu morskiego - i tym samym odcięcia jej dostępu do morza. Linia miała prowadzić aż do Antofagasty, najbliższego portu. Trasport surowców tą drogą miał również być darmowy. Chile niestety nie wywiązało się ze swoich obietnic.

Oficjalnie wróciliśmy do Boliwii.
Dojeżdżamy do Uyuni późnym popołudniem i nie mamy specjalnie ochoty wsiąść od razu w kolejny autobus do naszej ostatecznej destynacji, jaką jest Potosi (6h). Wracamy do małego, taniego hoteliku, gdzie spędziliśmy noc w czasie naszego ostatniego pobytu w Uyuni.
Następnego dnia, też po południu docieramy do Potosi - drugiego najwyżej położonego miasta świata (po El Alto, milionowego "przed(nad)mieścia" La Paz na 4150 m.n.p.m.). Nie obyło się bez kilku przygód oczywiście (między innymi wymiana koła gdzieś na pustyni). Zanim uda nam się jedak doczołgać do hotelu, umrzemy po drodze ze trzy razy. Maszerować na 4060 m.n.p.m. z plecakami i cały czas pod górkę nie wychodzi nam do końca najlepiej. Ślimaczymy się z bólem głowy i wzdychamy co krok (trzeba pamiętać, by na przyszłość brać taksówkę...). Mimo tego "cierpienia", odkrywamy miasto zupełnie inne od tego, co widzieliśmy do tej pory w Boliwii. Potosi jest dość "cywilizowane", sprawia naprawdę pozytywne wrażenie - przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Pierwsza obserwacja społeczna miasta: ludzie tu manifestują! Plac centralny Plaza 10 de Noviembre, gdzie znajduje się katedra, prefektura policji i ratusz, jest pełen ludzi. Ale dość szybko dostrzegamy pewien szczegół: nie chodzi tu o jedną manifestację, ale kilka i to naraz. Tak, tak - nie tylko we Francji ludzie strajkują. W Boliwii, wspólne marudzenie na ulicy można nawet zakwalifikować do kategorii "sport narodowy". Przedsiębiorcy przeciw skorumpowanym celnikom, kierowcy autobusowi, którym odmawia się prawa do spożywania alkoholu w czasie pracy (sic!),
cholitas bijące się o równe prawa do nauki dla dzieci, studenci sprzeciwiający się narkotykom: cały wachlarz tematów przechodzi przez uliczne wylewanie żalów. Między tymi licznymi manifestacjami i blokadami na drogach można się nieźle znerwić, ale z drugiej strony, jak tu potępiać tych, którzy upominają się o lepsze warunki (no poza kierowcami autobusowymi, ich żądania są śmieszne...).

Wszystkie manifestacje są dobrze zorganizowane. Nawet jeśli w tym samym czasie i na tych samych ulicach, to nigdy na siebie nie nachodzą.

Na schodach katedry

Plaza de 10 de Noviembre zdaje się tętnić życiem bez wzlędu na porę dnia, czy dzień tygodnia.

Cholitas manifestują o równe prawa dzieci do nauki.

Miejska konferencja prasowa na gorąco z ulicy.

A ulice się blokuje jak się tylko da.
Ale Potosi to nie tylko strajki. Miasto jest bardzo dobrze zorganizowane, dużo tu sklepów, dobrych restauracji, targowisk i ruchliwych uliczek.

Stare miasto zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO ze względu na niezwykle bogatą historię.

Boliwijczycy to prawdziwe łakomczuchy. Wielu sprzedawców na ulicy proponuje lody, słodycze, ciasteczka...

Tu trochę zdrowsze rarytasy

Ziołowa apteka

Liście koki można tu kupić za naprawdę śmieszną cenę.
Architektura kolonialna miasta, pięknie odrestaurowana, jest dopełniona przez naprawdę liczne kościoły. W sumie jest ich 80 na jakieś 150 000 mieszkańców. Oczywiście wszystkie kościoły zostały wybudowane przez kolonizatorów między XVI a XVIII wiekiem, ale można dostrzeć indiańskie wpływy w pięknych, bogatych zdobieniach portali wejściowych i fantazyjnych fasadach.

Casa de la Moneda, dawna mennica Hiszpanii, gdzie tłoczono słynne srebrne potosi. Do dziś w języku hiszpańskim funkcjonuje wyrażenie 'vale un Potosi', czyli 'jest warte Potosi', oznaczające 'jest warte fortunę'.

Na dziedzińcu Casa de la Moneda, maszkaron przypominający Bachusa przykrywa herb Hiszpanii.

Przystanek autobusowy

Tu studenci kontra narkotyki

Wąskie uliczki specjalnie tak skonstruowane, by chronić przed porywistym wiatem szalejącym tu przez większość roku. To się nazywa "urbanistyczne przystosowanie do wymagań klimatu".
Ale jeśli turyści przybywają licznie do Potosi to nie tylko dla pięknej architektury i ulicznego zgiełku. To kopalnia srebra jest jego główną atrakcją i to dzięki niej miasto w pewnym momencie historii należało do największych i najbogatszych na świecie.
W 1545 roku, Hiszpanie poszukujący złota natknęli się na wielkie pokłady srebra w górze Cerro de Potosi. Przemianowali jej nazwę na Cerro Rico ('bogata góra'), a u jej stóp założyli miasto Potosi, które "wyrosło" w mgnieniu oka. Po kilkudziesięciu latach liczyło już 120 000 mieszkańców, wiek później - 200 000 (większe niż ówczesny Paryż czy Londyn!). Pokłady srebra sprzyjały powstawaniu ogromnych fortun, a co za tym idzie pięknych domów, pałaców i kościołów.
ALE. Do pracy przy wydobywaniu kruszcu, Hiszpanie wykorzystywali rodowitych mieszkańców, a gdy to nie wystarczyło (bo ginęli oni z wyczerpania w niesamowicie trudnych warunkach), przywieźli nawet czarnych niewolników z Afryki (ci również zginęli nieprzyzwyczajeni do surowego klimatu i pracy na wysokości 4000 m.n.p.m.). Straty ludzkie szacuje się na osiem milionów istnień...
Do dziś funkcjonuje tu legenda, że z wydobytego z Cerro Rico srebra Hiszpanie mogliby z łatwością wybudować srebrny most przez ocean, aż do ich ojczyzny i jeszcze spokojnie mieć co po nim wywozić. Królestwo Hiszpańskie było w prawie stu procentach uzależnione od dostaw z Potosi, to one umożliwiały mu m.in. prowadzenie wojen w Europie. Ale w XVIII wieku złoża srebra się wyczerpały. Potosi zostało porzucone przez bogatych kolonizatorów i pewnie przypominałoby dziś widokiem miasta duchów rodem z amerykańskiego Dzikiego Zachodu, gdyby nie złoża innych minerałów (głównie cyny, cynku i ołowiu) w Cerro Rico, które pomogły mu jakoś przetrwać. Dziś utrzymuje się głównie z turystyki.
Turystyki górniczej. Różne agencje organizują "wycieczki" do wnętrza kopalni wciąż działającej. Kopalni, której dalekie są europejskie standardy bezpieczeństwa. Kopalni, której przewidziano zawalenie już kilka lat temu. Kopalni, w której używa się dynamitu jak zabawki. Kopalni, która jest niezwykle toksyczna. Kopalni, której pracownicy umierają najczęściej z powodu choroby płucnej, sylikozy (zwanej też pylicą krzemową) po 15-20 latach pracy...
Ta prowadzi do innej refleksji: czy to jest "moralne", pójść zwiedzać kopalnię, w której ludzie ciężko harują w piekielnie wysokiej temperaturze? Zwiedzać jako kto: turysta czy raczej ciekawski podglądacz?
Mimo generalnej niechęci do tej wizyty, po długim namyślaniu decydujemy się na zwiedzanie. Wybieramy trochę droższą agencję turystyczną, ale prowadzoną przez dawnych górników: oni znają bezpieczną trasę, szanują pracę swoich kolegów (dla przykładu wizyta odbywa się po południu kiedy w kopalni znajduje się mniej górników, niż rano kiedy wszystkie inne agencje gnają na zwiedzanie).
Nasz przewodnik zapewnia nas też, że górnicy są zadowoleni z wycieczek: cieszy ich, że interesuje nas kopalnia, ich praca, ich życie, że zadajemy pytania. Poza tym, nie przychodzimy z pustymi rękami. Trochę alkoholu 96%, woreczek liści koki, pałeczki dynamitu. Ale największą radochę sprawia im tani napój pomarańczowy! Nas takie prezenty kosztują euro od osoby, a im sprawiają naprawdę dużo przyjemności.
Na początku wizyty zatrzymujemy się na górniczym markecie. Jedyne miejsce na świecie gdzie nawet pięcioletnie dziecko może kupić sobie dynamit.

Liście krasnodrzewu czyli koki są niezbedne w czasie pracy na wysokości 4100 m.n.p.m. Koka zabija głód, pozwala zapomnieć o zmęczeniu i koi ból - jak prawdziwe lekarstwo.

W moich rękach pałeczka dynamitu. Ale spokojnie, bez detonatora nie ma niebezpieczeństwa. Willy, nasz przewodnik dokładnie nam wytłumaczył jak możemy dynamitem wysadzić coś w powietrze...

96% spirytus z trzciny cukrowej do picia po tygodniu pracy, niezbędny też do składania ofiar.
Jesteśmy gotowi, możemy ruszać na zwiedzanie.

Mały szczegół na zdjęciu pozwoli Wam zrozumieć, że kopalnia to głównie męski świat.
Obecność kobiet w kopalniach była przez bardzo długi okres całkowicie zabroniona. Górnicy obawiali się reakcji Pachamamy, indiańskiej bogini matki-natury, jej gniewu i zazdrości (mogłaby ukryć przed nimi swoje skarby...). Dziś kilka kobiet pracuje wewnątrz, ale mężczyźni nadal patrzą na nie nieprzychylnym okiem. Machizm totalny, ale co ciekawe górnicy wcale się go nie wstydzą - wręcz przeciwnie, z dumą się do niego przyznają.
Nasz pierwszy przystanek to odlewnia. Wszystkie minerały są tu sprowadzane, rozdzielane i preparowane. Nasz przewodnik odradza nam wejscie do środka - obecność materiałów toksycznych jest naprawdę wysoka. Bez specjalnego sprzętu nie ma co ryzykować.
Jesteśmy niecierpliwi, podekscytowani i jednocześnie trochę spięci przed wejściem do wnętrza tej pięknej szaro-żółtej góry, która dominuje całe miasto niczym opiekun i obrońca. Zresztą mieszkańcy zawsze z dużym szacunkiem, niemal czcią, wypowiadają się o Cerro Rico.

Wreszcie docieramy do niej
Przy wejściu przechodzą nas ciarki: kopalnie stanowią część naszej historii. Wszyscy czytaliśmy "Ludzi bezdomnych" czy "Łyska z pokładu Idy" - tematyka ciężkiej pracy górniczej jest obecna w literaturze polskiej (ale też francuskiej choćby z "Germinalem" Zoli). Katastrofy górnicze, wybuchy metanu czy eksplozje pyłu węglowego, na szybko obrazki migają przed oczami. Wkroczyć do brzucha góry, której wnętrze przypomina szwajcarski ser, z małą lampką na kasku...zdecydowanie podnosi poziom adrenaliny.

Wejście od strony kopalni z czasów kolonialnych

Kobiety jak już wspominaliśmy pracują raczej na zewnątrz

Nasz przewodnik dzierżący w dłoni woreczek liści koki
Sama kopalnia ma bogatą historię: przez kilka wieków kolonialna, potem rządowa (pełen socjal), a dziś jest narodowa. Żeby zrozumieć los górników z Potosi, trzeba zrozumieć system ich pracy w kopalni. A ten opiera się na jakby gildiach (cechach rzemiosł?) czy spółdzielniach. To one, jako jedyne, mają prawo do eksploatacji złóż Cerro Rico. Aby do takiej spółdzielni trafić, najpierw trzeba przepracować trzy lata dla jednego z jej członków. Pierwszego roku dostaje się małą pensję. Drugiego, otrzymuje się około 25% zysków z wydobytych przez siebie minerałów. Trzeciego i ostatniego, trzy czwarte owych zysków. Po tych trzech latach dobrej pracy, pracodawca popiera kandydaturę swojego pracownika na nowego członka spółdzielni. Jeśli rada kandyaturę akceptuje, nowy członek musi jeszcze uiścić opłatę "wstępną".
Potem powierza się mu kawałek muru tej części kopalni, w której pracuje dana spółdzielnia. Albo ma się szczęście i trafia się na bogatą żyłę (wtedy można zatrudniać swoich pracowników, inwestować w sprzęt...) albo się go nie ma, i wtedy trzeba pracować jeszcze ciężej. Najbogatsze spółdzielnie stać nawet na młoty pneumatyczne, ale duża większość górników pracuje dziś jak za czasów konkwistadorów: siłą własnych rąk.
Czyli podsumowując: górnik zarabia tyle, ile wydobędzie. Od tego musi odliczyć koszt wyposażenia (lampy, kombinezony, maski, kilofy, dynamit), które musi sobie zapewnić sam, i oczywiście całą masę podatków (zdrowotne, rentowe, ubezpieczeniowe itp.). Czyli mogłoby się wydawać, że gra nie jest warta świeczki, szczególnie w tak nieludzkich warunkach pracy (górnicy rzadko dożywają 45. roku życia...). Ale nie jest tak źle: przeciętnie na miesiąc górnik zarabia $400-500 (czyli około 3000 BOBów), czyli trzy razy więcej niż kelner czy sprzedawca w mieście.

Tunele zbudowane za czasów kolonizatorów są wysokie i brukowane. Dziś do potrzymywania stropów wykorzystuje się belki z drewna eukaliptusowego. Jak rozumiecie, system bezpieczeństwa opiera się na dość dużej "dowolności"...

Nie kopie się byle jak - podąża się za żyłą.

Srebro i inne minerały

Górnicy są często bardzo młodzi. Zaczynają nawet nielegalnie już w wieku ośmiu lat jako "przynieś, podaj, pozamiataj". Ogólna średnia wieku to 32 lata.
Jeśli chodzi o chomicze policzki to oczywiście są one wypełnione liśćmi koki. My nasze liście parzymy jak herbatkę, oni żują przez około cztery godziny. Gdy nie dają one już żadnego efektu, to oznacza, że trzeba wyjść na powierzchnię. Każdy sposób jest dobry na odliczanie czasu...
Wnętrze góry rządzi się swoimi prawami. Nie jesteśmy na powierzchni ziemi, tylko pod nią. Z jednego piętra na drugie, temperatura wzrasta nawet o kilkanaście stopni. Miejscami naprawdę ciężko się oddycha.

Różnokolorowe tlenki
Tam gdzie jest "dyskoteka", jak kolorowe od tlenków mury nazywa nasz przewodnik, tam na pewno skała jest bogata w minerały. Często takie miejsca nieeksploatowane oznaczają, że ktoś już wierci od góry lub od dołu. To jego żyła. A dyskoteką nacieszyć można jedynie oczy - te tlenki są mocno toksyczne i nie należy ich dotykać.
Górnicy dają kopalni jeszcze dziesięć lat, maksimum piętnaście. Po tym okresie, nie będzie już możliwe dalsze wiercenie czy dalsza konsolidacja murów. Podobno sam szyczyt Cerro Rico sporo się obniżył przez tę kilkusetletnią eksploatację. Kilkanaście lat temu, grupa inżynierów z Europy badająca kopalnię przewidziała jej zawalenie już na 2005 rok...

Tu się kopie. Jak widzicie, młodzi górnicy często zakładają specjalne maski, ale z nimi praca jest cięższa, oddycha się dużo trudniej.

Zdecydowanie to nie jest miejsce dla ludzi z klaustrofobią

Tu Remi

A tu Natalia wspina się po drabinie
Jak już wspominaliśmy jesteśmy pod ziemią. To miejsce rządzi się swoimi prawami. Kilka metrów od każdego wejścia do kopalni znajduje się kapliczka z Jezusem - trzeba się z nim pożegnać wchodząc do wnętrza, ale i powitać przed wyjściem na powierzchnię. Natomiast im dalej człowiek zapuszcza się w ciemności, tym bardziej potrzebuje opieki bogów tego podziemnego świata. Najważniejszym z nich jest Tio czyli wujaszek diabeł, bo przecież jesteśmy w piekle. Tak przy okazji wspomnę etymologicznie, że 'tio' (hiszp. wujek) to gra słów z 'dio' (hiszp. bóg). Boliwia jak wiadomo to kraj katolicki, uznaje tylko jednego Boga. Górnicy poza pracą są monoteistami, ale w pracy politeistami i dopuszczają istnienie innych bogów.
Rzeźby i kapliczki poświęcone Tio można znaleźć co kilkadziesiąt metrów w kopalni. Bóg-diabeł jest dobry dla górników i może być nawet hojny (w końcu to on zarządza podziemiami). Wymaga ofiar: w każdy piątek górnicy zbierają się w kapliczkach i proszą Tio o minerały, o dobrą żyłę, o opiekę, przy czym zostawiają mu prezenty takie jak liście koki, papierosy, butelki z 96% alkoholem. W każdy ostatni piątek miesiąca przychodzą mu podziękować (przy okazji piją tenże wspomniany alkohol...).

Jak zauważyliście na pewno, Tio jest bardzo...płodny. W końcu to bóg urodzaju...

Nasz przewodnik też się do Tio modli. Choćby o to żebyśmy wszyscy z kopalni wyszli cali i zdrowi.
Willy wyjaśnia nam, że na początku swojej pracy w kopalni miał duży problem z przestawieniem się z katolicyzmu na tutejsze wierzenia będące mieszanką indiańskich legend, pierwotnych wierzeń afrykańskich niewolników i hiszpańskich bajek. Ale modli się do Tio z prawdziwą gorliwością: nie jesteśmy pewni czy to na serio, czy to mały show dla nas, turystów.

Bardzo współczesne środki technologiczne...
Jeśli nie wynosi się minerałów w ciężkich workach na plecach, używa się tego rodzaju machiny. Nie wszystkie spółdzielnie stać na wózki, które i tak się ręcznie pcha, bo na mulistej nierównej powierzchni nijak ułożyć tory...
Oczywiście każdego roku zdarzają się wypadki, około dwunastu śmiertelnych rocznie. Najczęściej padają nimi młodzi i niedoświadczeni górnicy (obsługa dynamitu, zawalenia w opuszczonych tunelach, zatrucia toksycznymi gazami).
Wreszcie wydostajemy się na zewnątrz z drugiej części góry i możemy odetchnąć pełną piersią.

Stąd mamy niezły widok na Potosi
Z całą pewnością możemy zaliczyć do doświadczenie do niezapomnianych. Wyjątkowych.
Nasz pobyt postanawiamy zakończyć na trochę lżejszej (lub nie) nutce, odwiedzając przepiękny Convento Santa Teresa (klasztor karmelitanek bosych). Dwugodzinna wizyta z przewodnikiem tego wciąż aktywnego zakonu (zwiedzamy część muzealną). Karmelici bosi to zakon kontemplacyjny, ascetyczno-mistyczny. Od czasów reformy przeprowadzonej przez Świętą Teresę z Avila, życie monastyczne kreśliły reguły całkowitego odosobnienia, poświęcenia modlitwie, rygorystycznego postu, a nawet samo-biczowania, bez żadnych form apostolstwa czynnego. Klasztor karmelitanek bosych w Potosi założono w 1685 roku. W tych czasach kolonialnego rozkwitu miasta, do zakonu przyjmowano dwadzieścia jeden dziewcząt, drugich w kolejności córek bogatych rodzin arystokratycznych. To nadawało im specjalny prestiż, dowodziło ich bogactwu, wstąpienie do zakonu wiązało się bowiem z bardzo dużym posagiem (dwa tysiące złotych monet lub liczne dary wykonane ze szczerego srebra).
W wieku piętnastu lat, dziewczęta żegnały się na zawsze ze swoimi rodzinami. Na przyszłość, żaden kontakt fizyczny czy wizualny nie mógł mieć miejsca (jedyny możliwy, to z innymi siostrami).
To mogłoby się wydawać wielkim poświęceniem, ale w tamtych czasach uznawało się to za zaszczyt. Pierwsze dziecko w kolejności poświęcało się na zawieranie koneksji (śluby), drugie na klasztor, trzecie na wojsko. W rodzinach arystokratycznych takie po prostu były reguły.

Rozmównica. Czarna zasłona i krata pełna szpikulców by uniknąć kontaktu fizycznego i wizualnego.

Patio

Przepiękny główny kościół klasztoru. Ołtarz, rzeźby, złocenia, malowidła, wszystko pochodziło z darów od rodzin.
Nasz wizyta w Potosi dobiega końca. Blokada dróg, przez którą nie mogliśmy ruszyć w dalszą drogę do Sucre właśnie została zniesiona - nie czekamy dłużej, nigdy nie wiadomo, co mogą przynieść kolejne dni!
vous êtes tous mignons habillés en mineurs ... dur labeur pour ces hommes c'est un reportage grave et passionnant bisou les mouflets ! ;o)
Super reportage, cette visite dans les entrailles de la mine donne des frissons. Bisous
Trudno wybrać słowo aby określić pierwsze wrażenie po przeczytaniu tego artykułu,najlepiej chyba zrobiliby to Włosi mówiąc "La bomba!".Biorąc pod uwagę Wasze relacje i zdjęcia zastanawiamy się czasem jaki byłby obraz tego regionu Ameryki Południowej gdyby autochtoni sami zarządzali zasobami mineralnymi,rolniczymi i rzecz jasna własną kadrą techniczną od zarania wieków.Naleciałości kolonialne widać nie tylko w architekturze, strojach czy nawet w oficjalnej religii ale też w mentalności ludzi gdzie bogaci mają swoje miejsce a biedniejsi swoje, oczywiście odpowiednio niżej.Co zastanawiające Boliwijczyków cechuje niepowtarzalna pogoda ducha / widać na zdjęciach/chyba,że to działanie liści koki/twarze ludzkie są bardzo przyjazne i uśmiechnięte ,i nie są to zapewne gesty w stronę turystów tylko ich naturalna otwartość na ludzi.Piękne widoki w takiej "kosmicznej" scenerii,zestawienie naturalnej urody terenu z katorżniczą wręcz pracą ludzką w celu wydobycia minerałów a pośród tego nasi kochani wędrowcy w gustownych strojach górniczych jak zawodowi eksplorerzy nieomal.Wyglądacie bardzo fajnie chociaż troszkę się pośmialiśmy, no ale strój roboczy ma chronić człowieka a nie zdobić szczególnie w takim miejscu jak kopalnia srebra!Demonstracje w mieście wyglądają jak show przygotowane specjalnie dla odwiedzających w ramach atrakcji turystycznej, są takie kolorowe i z niewielką dynamiką/tak się nam wydaje/chociaż dociekać pewnych praw czy walczyć z niesprawiedliwością można bez rzucania kamieniami czy palenia opon.Niesamowite są te panie w tradycyjnych ubiorach z nieśmiertelnym kapeluszem na głowie, to tego zawsze kojarzy nam się cygaro lub fajka na wzór Indiańskiego Kalumetu i kobitka Boliwijka jak w sam raz!No cóż Boliwia zaskakuje po raz kolejny i przykro przyznać jak człowiek jeszcze wiele nie wie o świecie, ile jest do obejrzenie na tym ziemskim padole a życie takie króciutkie niestety.Dobrze,że zdecydowaliście się na tę podróż na samym początku wspólnej drogi, póżniej było by już trudniej a przy okazji to my mamy szczęście odwiedzić regiony świata gdzie prawdopodobnie nigdy nie będziemy.Dlatego rejestrujcie wszystkie te cudeńka i pozwiedzamy je sobie razem Wy w realu a my w wygodnym foteliku przed monitorem.Pozdrawiamy,buziakujemy/bez liści koki/i czekamy na więcej.
Vraiment intéressant, bisous
passionnant comme d'hab. bisous à vous deux :)
Je découvre ce reportage avec un peu de retard. Mais quel reportage ! A la fois frissonnant et touchant. Je suis tout à fait d'accord que les mineurs gagnent plus que certains. Mais à quel prix ? Au prix de leur vie parfois. Nous sommes admiratifs pour le courage que vous avez eu en descendant dans cette mine Désormais, vous pourrez dire que vous connaissez la vie extrêmement pénible dans les entrailles de la montagne avec tous les risques que cela comporte. Vous êtes non seulement curieux mais audacieux Alors bravo ! Cette expérience est non seulement unique mais très riche pour vous. Nous avons la chance de découvrir avec vous vos extraordinaires aventures. Quant à l'architecture de la ville elle est très riche. On voit l’empreinte coloniale. Bonne continuation et bon courage pour la suite
Ça m'a l'air bien branlant, ces galeries. Faut pas jucher les champs sur la mine, là-bas. Ben le Castor préfère son bouleau dans son barrage, c'est moins risqué.
Surely together with your thoughts here and that i adore your blog! Ive bookmarked it making sure that I can come back & read more inside the foreseeable future.